Te Książki I
Rozlewa się po blogach znajomych trend tworzenia list książek ważnych. Chyba każdy pożeracz książek, były czy obecny, aktywny czy nieaktywny, na widok takiej listy natychmiast zaczyna układać w głowie własną. Mnie nie ominęło.
Na początek będą te książki, które, jakkolwiek patetycznie to brzmi, faktycznie jakoś zmieniły moje życie. Wryły się na mur, zapisały w korze, bez nich nie byłoby mnie, byłaby inna osoba.
(Rzecz jasna nie jestem w stanie Książek Najważniejszych jakoś uszeregować. Będę pisać, jak leci.)
A zatem…
- “Trylogia” Henryka Sienkiewicza.
“Trylogię” w zgrzebnym, szarym wydaniu, wydobytą z jakiegoś antykwariatu, dostałam na pierwszą komunię. Pamiętam, że z początku jakoś nie mogłam się do niej zabrać, być może zniechęcał mnie wygląd, być może onieśmielała objętość cyklu. Aż w końcu zaczęłam czytać… Skończyłam mniej więcej po trzech latach, w trakcie których przeczytałam “Trylogię” kilkanaście, jeśli nie kilkadziesiąt razy. Znałam na pamięć całe fragmenty, którymi rytualnie przerzucałam się z ojcem. “Trylogia” wydobyła mnie z okresu książek dziecięcych i pchnęła na podbój bibliotek. Niezależnie od kwestii (nie)politycznych, (nie)prawd historycznych i wszelkich innych wytykanych Sienkiewiczowi potknięć, jest to lektura nieodmiennie fantastyczna.
“- A czy ty wiesz, Rochu, co to jest wuj?
- Wuj — to wuj.
- Bardzoś to roztropnie wykalkulował.”
- Cykl narnijski C. S. Lewisa.
Pierwsze polskie wydanie Narnii dał mi w prezencie krewny, który miał coś tam wspólnego z wydawnictwem. Chwilowo nie mam jak sprawdzić, w którym to było roku, ale dość dawno temu. Całkowicie oczarowana historią zapadłam na podobny syndrom, jak w przypadku “Trylogii”, z tym że Sienkiewicza miałam od razu w całości, a na kolejne tomy cyklu narnijskiego musiałam czekać, przebierając nogami.
(W tym miejscu chciałabym wykonać serię obelżywych gestów oraz skomponować wiązankę obelg pod adresem niesławnego spadkobiercy C. S. Lewisa, który wpadł na pomysł przeorganizowania kolejności cyklu, żeby było zgodnie z chronologią. Idź na drzewo, parszywy świętokradco.)
Aha, i cały czas nie wiem, czy bardziej kocham “Wędrowca do Świtu”, “Siostrzeńca czarodzieja”, czy jednak “Konia i jego chłopca”.
- “Opowieści o pilocie Pirxie” Stanisława Lema.
Nie wiem, od której strony zabrać się za wyjaśnianie, dlaczego. W zasadzie to chyba nie muszę. Zakładam, że każdy, kto przeczytał “Test”, “Patrol”, “Ananke”, “Terminusa”, “Albatrosa”, itd. itd. będzie wiedział, o co chodzi. Tego rodzaju chwytanie za gardło, tego rodzaju dreszcz zdarzają mi się bardzo rzadko. Chwała pamięci Lema.
“Klyne! Na ręczną!!! Na ręczną do lądowania!!!”
- “Na początku był wodór” Hoimara von Ditfurtha
Nie pamiętam już, czy podsunęli mi ją rodzice, czy sama w czytelniczym głodzie losowo wyciągnęłam ją z półki. Pierwsza książka popularnonaukowa, z jaką miałam kontakt. Pokazała mi gwiazdy. Uświadomiła istnienie wszechświata. Zmieniła na zawsze.
Trochę się teraz boję do niej wrócić, żeby nie prysnął czar, ale czuję, że prędzej czy później pokusa zwycięży.
- “Mistrz i Małgorzata” Michaiła Bułhakowa
Przeczesując rodzicielskie półki w poszukiwaniu nowych lektur, przez dłuższy czas omijałam “Mistrza i Małgorzatę” w poczuciu, że sięgając po tę książkę robię coś niedozwolonego. Przyczyną była
obwoluta, na której elementem kluczowym (przynajmniej w moim odczuciu) była, nie wiadomo dlaczego, opasła goła damska pupa. W końcu pokusa zwyciężyła i ukradkiem zabrałam się do czytania. Zostałam oczarowana. Oprócz zachwytu lekturą pamiętam jeszcze poczucie niesmaku i zdumienia dziwnymi pomysłami dorosłych, którzy dają tak wspaniałym książkom takie głupie okładki.
“- Nikomu nie przeszkadzam, nikogo nie ruszam, reperuję prymus - nieżyczliwie powiedział kot i nastroszył się - poza tym uważam za swój obowiązek uprzedzić, że kot to zwierzę starożytne i nietykalne.”