Opowieść o głupocie
Wróciła mi chęć do czytania ostatnio i postanowiłam dokupić sobie “Wszyscy jesteśmy podejrzani” Chmielewskiej, albowiem mój egzemplarz zrabował na przestrzeni lat jakiś podstępny wróg. No i niestety, jak to zwykle bywa, skusiłam się na coś, co Merlin uczynnie wyświetlił w “Ci, którzy kupili ten towar, kupili też…”. Niestety, bo jak to zwykle bywa, zakup okazał się klęską.
Niejaka Anna Powierza napisała książkę pt. “Jak zostać sławną”. Nie znam nazwiska, ale recenzje w Merlinie były pozytywne, a na dokładkę Joanna Chmielewska dorzuciła słowa zachwytu. Postanowiłam zaryzykować i przeczytać. Powinnam była wiedzieć, że skoro książki samej Chmielewskiej ostatnio jakoś się spsuły[1], to i jej gustowi czytelniczemu nie powinnam już ufać… no i zrobiłam coś, czego nie zrobiłam już dawno, czyli przerwałam lekturę w połowie i umieściłam dzieło w pojemniku na makulaturę.
Książka jest okropna z jednego głównego powodu: w próżnych próbach rozbawienia czytelnika autorka uczyniła główną bohaterkę przeraźliwą, nieprawdopodobną idiotką. Jest to postać otchłannie wręcz głupia. Przez te pół powieści, przez które przebrnęłam, bohaterka permanentnie nie rozumie, co się do niej mówi ani co się wokół niej dzieje. Domyślam się, że celem zabiegu było sportretowanie jej jako osoby sympatycznie roztargnionej, ale już po kilku scenach zaczynają od tego boleć zęby.
Wszystkie[2] dialogi, w których stroną jest bohaterka, skonstruowane są według schematu:
- X mówi coś do bohaterki.
- Bohaterka nie słucha.
- X powtarza kwestię, jeśli zauważył brak odbioru, bądź ciągnie dalej, jeśli nie zauważył.
- Bohaterka orientuje się, że ktoś coś do niej mówi.
- Bohaterka wpada w panikę, wychwytuje jedno słowo z tego, co się do niej mówi i buduje na podstawie tego słowa losową (i kompletnie absurdalną) teorię na temat tego, co X mógł do niej mówić.
- Bohaterka odpowiada od rzeczy.
- Cały dalszy ciąg konwersacji odbywa się na zasadzie dialogu gęsi z prosięciem, ponieważ bohaterka z dzikim uporem trzyma się błędnego pojęcia o temacie rozmowy nawet wtedy, kiedy nieporozumienie jest zauważalne przez każdego nieupośledzonego homo sapiens.
Oprócz kompletnej tępoty w kwestiach komunikacyjnych bohaterka przejawia też coś, co w zamierzeniu było uroczą naiwnością, a w praktyce jest kolejnym dowodem bezdennej głupoty. Naiwność jako zjawisko występuje powszechnie i do pewnego stężenia nie jest naganne, a nawet wręcz przeciwnie, gdyż ogólne założenie, że ludzie mają dobre intencje, jest ze wszech miar godne pochwały[3]; jednak wybaczcie, ale nie wierzę, że — dla przykładu — normalny na umyśle człowiek, stojąc w kolejce, może przepuścić kilkanaście młodych, drapieżnych panien wierząc szczerze w ich umierające babcie i chore koleżanki.
Słowo o fabule: ogólnie rzecz biorąc książka jest o tym, jak owa głupia jak but bohaterka szukając pracy w radiu trafia przypadkowo do serialu. Rzecz jasna zrozumienie, że chcą ją zaangażować w serialu telewizyjnym, zajmuje jej kilkanaście stron, podczas których czytelnikowi umierają kolejne neurony. Po tych kilkunastu stronach natomiast zaczyna się obserwowanie, jak bohaterka miotana jest odpowiednikami ruchów Browna, bez żadnego wpływu na to, co się z nią dzieje, nie podejmując samodzielnie żadnych decyzji, nie myśląc, nie rozumując, nie używając logiki i zachowując się, jakby właśnie przybyła z Marsa i nazywała się Valentine Michael Smith.
Przypuszczam, że “Jak zostać sławną” może kogoś rozśmieszyć — zresztą najwyraźniej rozśmieszyło niewymagających recenzentów Merlina. Mnie myśl o istnieniu osób absolutnie nie używających wyższych funkcji mózgu raczej przeraża. Jeśli ktoś jest zainteresowany studium psychiki klasycznej blondynki z dowcipów, niech kupuje i czyta; innym dobrze radzę trzymać się z daleka.
[1] Mam na regale pełną półkę książek Chmielewskiej, w różnym stopniu zaczytania na śmierć. Przez lata kupowałam wszystko jak leci i nigdy nie żałowałam. Ale jakoś po “Lądowaniu w Garwolinie” (przy którym, o ile pamiętam, płakałam jeszcze ze śmiechu) zaczęło się psuć. Kolejne książki były coraz mniej zabawne, coraz mniej ciekawe i coraz bardziej bez pomysłu. Dopuszczam, rzecz jasna, myśl, że to nie pióro Chmielewskiej się stępiło, tylko moje poczucie humoru.
[2] Z zasady unikam nieuprawnionych generalizacji, chciałam więc zamienić “wszystkie” na “większość”, ale daję słowo, że nie przypominam sobie ani jednego miejsca, w którym bohaterka odbyłaby z kimkolwiek normalną rozmowę.
[3] Cynikom, którzy rzucą się na mnie jak sępy na żer, odpowiadam z godnością, że owszem, takie jest moje zdanie i wara im od niego. Zresztą to jedna z moich głównych bolączek jako obywatelki Polski: u nas generalne założenie odnośnie intencji bliźniego jest dokładnie odwrotne.
maj 7, 2008 @ 3:57 pm
Ty twarda jesteś, że łapiesz się na polecanki z Merlina :-D
Ja z polecanek od Chmielewskiej to chwalę chyba tylko kryminały Bożkowskiego, które są przepięknej urody i humoru.
A co do utraty poczucia humoru - to chyba tendencja ogólna, związana z przesytem. Od czasów Autobiografii Chmielewska wyprztykała się z grepsów, historyjek i sytuacji, teraz już w zasadzie tylko je miksuje i umieszcza w innym kontekście.